Oko - I myślę: co?

Autor: Piotr Zernia, Gatunek: Poezja, Dodano: 06 kwietnia 2015, 14:37:12, Tagi:  flupy z pizdy

 

                                                                                                motto: "Flupy z pizdy"

 
Leżałam rozkraczona z rozszerzoną na mokro patelachą w ogrodzie, cyce wywalone na wierzch zupełnie
do lizania. Jakiś parobas ukryty wypatrywał pomiędzy żerdziami aż zegrzmocił kutafona, przygarbem
dyskretnie wypierdolił na kierunek do wsi. Pszczoły, bąki, ważki, owady jak kaszaloty w rui rozmaite
zbzykiwały się bzykami dookolnie mojej rozbebeszonej ofiarnie cieknącej dupy w stronę nieba -
przenajświętszej katastrofy zjebywania konwenansów. Srałam na wszystko zarzucona fantazją sromizmatu
na usraną śmierć strachliwych posrańców co mi ich za płoty tylko precz walić, a nie w mokradle vaginnym
dawać zatopić wałacha na poszarpanie piekielne -
w każdą dziurę na dno gardzieli z dymem od Nostradamusa...

Mu obciągałam z dupą po twarzy, trzymał całą pizdę. Zrobił, że musiałam się posrać po lewatywie
zupełnie niczym. Mistrz uczyniony w praktyce zgrał w gamę cal po calu zaułki skóry, obspermiał delikatny
jedwab, focze jarzmo w kędziorach oranego pizdostwa tudzież realnym oralem do zszalenia w alegoryczne
niebyty wykurwinności niewinnej.

Latem z Henrysiem zawsze wystawialiśmy fortepian do ogrodu, w altanie. Nie powinien zamoknąć,
aby nie stracił tonu!. Demoniczna czerń crimsonowym poszyciem na złoceniu wybebeszenia ramy strun spiętych
tonażem perfekcji w dur i cis i moll iii Guadalajarrra i Saragossaaa i krew jak z wagonów śmierci
drałujących w nicość po ścianach drażliwych przepaści i czeluść. Absolutyzm oraz to owo co.

Być ciężkie bydle było do twarzy na trzech nogach z bielą przy czerni na manuale pod klapą co może
przyciąć, zacisnąć, podeprzeć walor lustrzanym odbiciem w gładkiej czerni jakby na drugie strony od świata.
Tam spiżdżać się ślizgiem od gestu surfingiem po wypienionej fali nawikłanych zlizów bez wzdragań
od menstruacji czy kału. Byłam w granicach zatraconych poświęcenia, marzeń absolutnej niewytłumaczalności,
bez pojęć ustalonych a nieuchwytnie maniakalnie konsumowanych na jawie przy paskudztwie przełomów
zmitrężenia kadłuba naleciałości kulturowej z lat schizy wyklepywanej głupoty imbecylnych pewników.
Nigdy nie uwierzyłam własnej piździe na pohybel zmiętoszeniu. W śmierci zakotwił orgazm drąc na strzępy
z brzdękami kudłactwa uchujanego bez urokliwej w zbędności nawalonej na środek złośliwej
sraki dowolnego karła. Srałam na to otworem.

Byłam ekstazą pierdolca utkanego z uniesień do krwi samej w jaraniu pizdą po nocach oraz za dnia cieknącego
w rozwalonych ogrodach. Pipa była domem przepełnianym nadzjawiskowością iluzorycznych gości rzeczywistego
bytu do ostatniego ziarenka w trakcie.

Wchodził na fortepian z postawioną fujarą kiedy tylko zechciał, zamaszyście dyndając roznosił powonienie
zza napletka, co z oczekiwania emanowało fluidami życiowymi genotypu męskości. Wsadzał go wszędzie -
dlatego pokochałam!. Piękny chuj jak chuj i nie chuj tylko chuj jak chuj. Nic jak chuj z tego,
że słowa martwe są, że w zarysie jedynie. Toż woń sama przepastną księgą po zadupiach w rozrzuceniu,
że można własne z pizdy zeżreć na raz całe w szczęściu!.

Bo co niby jest, że on gra alegorie na tym fortepianie, a we mnie wszystko rusza się,
że nie ma już szkła pomiędzy. Krwawa głowa wynurzona z pizdy pod zliz do jadania spermy spienionym flupem
kapie na manuał pod jego palcami w alabastrze mistrza. Czemu tak?, tak.
Niech zamorduje i zeżre, a ja to samo w jednej płaszczyźnie czasu, nierozerwalnie w tumult. A potem, które
będzie w trakcie niech zakrzywi się w okrąg powtarzany ruchem do nieskończoności. Niech wciąż chce się bez
udławienia do szału spełnionego zbrodnią przeciw nabytej konwencji, do krzty. Wszedł, napełnił znowu, bym mu
ciekła pachnąc piżmem od niego czym był po każdym spojrzeniu, drągiem.

Kiedy wszyscy stali tacy bliscy jakby sobą w tajemnicy jednej osoby, jednego bytu w ciele wielokrotnym,
wówczas ryło realnie dostąpienie nadrealności, bądź realnego Raju w dostąpieniu. Tkanina harmonii splotów
w przepływach wielości ponad czasem trwania wyrażalnych zjawisk. Nie takie wyrażalne choć trwało.
Delikatna ścienność podatna zatraceniu w grymasie - jeśli!.
 
Przestawałam istnieć bez rozwikłania, bez pytań. Nadziewałam wnętrzem obfite nasycenia radością zabawy,

tętna orgia. W takich chwilach można zjeść nawet cudzą kupę bez zobowiązań oraz umrzeć bez zobowiązań.
Wszystko razem, jak w mortadeli. A on miętosił ten fortepian oraz srał. Każde sra przy sromie, mosznie,
przy niedzieli. Szopena grał, gdy wlazłam na niego z periodem w boleśnie zaciśniętej kanapce, by chlustnąć
znienacka romantyzmem nowej generacji wywłóczeń każdości.
Jedna chmura, obłok pod skrzydłami krwiochlapłej namiętności scalonych bytów bez batalii barykad, ślizgiem
w jamę Sabatu. Wzięłam go wpita kłami w odbyt, karmiąc flupami periodu gamy zamaszystej preludiów...
I jemu: Co, Co?! - pyta, no leci mi z Pizdy - powiadam goła.

Komentarze (4)

    • --- ---
    • 07 kwietnia 2015, 21:21:26

    sex dzikich
    jak pan nie przestanie to antropologów na pana naślę afrykańskich

  • ?

  • Jak trudno niektórym zrozumieć prostą metafizykę miętolenia flupizacji bytu.
    No to wypierdalaj do Afryki prostować banany.

  • Kiełbas dla kiełbasy, a może pies dla psicy - a co to psica?, akto to?
    O toto, być idiotą. Nie pies dla kiełbasy, a czsy?. Głupie czasy i kiełbasy jedna kiełbaso z drugą, ale nie dla psa, bo pies nie kiełbasa.
    Pies sasa od lasa do lasa, a kiełbasą można nasrać, uzywając w tym celu choćby ohydnej pryszczatej dupy drwala ze Szczepicy. A co to Szczepica?, szczepica to taka choroba, bardzo prymitywna choroba i bardzo pryszczata. Pryszcze w majonezie na śniadanie z ciepłym klocem blocem. Jakim blocem? - normalnym blocem po prostu i już. (durniu!)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się